Jestem wykończona i zniechęcona maksymalnie. Już czwarty tydzień zmagam się z sesją - egzamin za egzaminem, zaliczenie za zaliczeniem. Dzisiaj ostatni, przynajmniej teoretycznie, dzień nauki. Jutro egzamin z filozofii - fatalnie, w dodatku ustny. Okropne są te wszystkie teorie do spamiętania, szczególnie te nowożytne - takie to wszystko mętne i słabo trafia do przekonania. Zasypiam nad notatkami i nie mogę się skupić.
Do tej pory nie ma wyników z kolokwium. To przesądza moja opinię o prowadzącym - od początku uważałam go za osobę niegodną szacunku. Bo ciężko szanować kogoś, kto w ewidentny sposób lekceważy studentów. Cóż, oczywiste jest, że większość prowadzących ma nas gdzieś i w sumie słusznie, bo my ich też. Jednak pozory kultury wymagają powstrzymywanie się od publicznego demonstrowania tej oczywistej zależności.Tym razem komunikat jest aż nadto oczywisty. Nie jestem szczególnie zaskoczona, ale i tak odczuwam niesmak.
Udało mi się zdać HMP, czego w sumie nie przewidywałam - kolejny usypiający przedmiot, na egzamin uczyć mi się zwyczajnie nie chciało. Jak na razie mam odhaczone 4 egzaminy. Jeden umoczyłam, więc wrzesień wita. Jutro ostatni. Buddo i wszyscy święci, dajcie mi siłę.
