Jesień na całego, moja alergia też na całego. Się rozkręciła, niestety. Biorę blokery ale trochę musi to potrwać, zanim będzie lepiej. Podobnie z innymi problemami zdrowotnymi - jest lepiej, ale nadal trzeba kontynuować leczenie, żeby było całkiem dobrze. Nawet już mi się nie chce o tym myśleć.
Wróciłam do domu na niemal tydzień, co mnie nieszczególnie cieszy. Powód jest prosty - nuda i brak zajęcia. Dodatkowo frustracja wynikająca ze świadomości, że inni się bawią, a ja nie mam co robić. Tak to jest, jak się mieszka na zadupiu.
Mam ostatnio problem pt. Przyjaciółka Mojego Faceta. Przysłowiowy wrzód na dupie. Wydawała mi się całkiem ok, nawet byłam bliska polubienia jej ale niestety, chyba jednak do tego nie dojdzie. Przynajmniej nie w najbliższym czasie.
Problem polega na tym, że mam ostatnimi czasy wrażenie, że laska zwyczajnie robi mi na złość. Walczy o uwagę mojego chłopaka w sposób niemalże desperacki; wygłasza przy mnie teksty, które ewidentnie powinna zachować dla siebie; a ostatnio wstawiła mi na fb obrazek typu demot. Nie był jakiś specjalnie obraźliwy, ale umówmy się: gdyby wstawiła to osoba mi bliska - śmiałabym się. W momencie, gdy wstawiła to ona, ja mam automatycznie dość sprecyzowane podejrzenia co do jej intencji. A te chyba nie są pozytywne.
Mamy więc małą wojnę podjazdową. Uch, nie chce mi się, naprawdę mi się nie chce bawić w takie rzeczy. Ale z drugiej strony nie jestem w stanie ignorować coraz jawniejszych zaczepek. Nie wierzę w skuteczność obojętności. Co niektórym trzeba czasem wskazać ich miejsce, gdy się zapomną.
I już po, już po koncercie na wrocławskim stadionie. Postanowiłam utrwalić swoje wrażenia, tak, by móc je odtworzyć gdy pamięć zacznie zawodzić.
Droga do Wrocławia łatwą i krótką nie była, ale jakoś zeszło. Na stadion wpuszczali od 17.30 i mniej więcej o tej porze pojawiliśmy się w jego okolicach. Mieliśmy pewne problemy ze zlokalizowaniem tego obiektu ale z GPSem daliśmy ostatecznie radę. Sznur samochodów i liczna obecność policji bezbłędnie wskazywały drogę. Dzięki inwencji i przytomności mojego chłopaka mieliśmy bilet parkingowy kupiony na eventimie - umożliwił on nam wstęp na podziemny parking stadionowy. Po wejściu dwa poziomy wyżej ustawiliśmy się w kolejce.
Ochrona była średnia. Niby sprawdzali torebki, ale bardzo na odczepne. Spokojnie można było wnieść co dusza zapragnie przy małym prawdopodobieństwie, że zostanie to zauważone. Po wejściu na stadion w oczy rzucał się punkt z koszulkami dla fanów. Nawet bym się skusiła, ale podejrzana różnorodność tych T-shirtów no i rodzaj nadruków wskazywały, że raczej nie są one oryginalne.
Weszliśmy na poziom 4, gdzie zlokalizowałam łazienki, zaraz obok wejścia na trybuny. Sprzedawano też jedzenie oraz napoje, były punkty informacyjne. Mieliśmy drobny problem ze znalezieniem wejścia do sektora 310 ale szybko sobie poradziliśmy.
Miejsca okazały się świetne, idealnie na wprost sceny, na samym środku. Czas pozostały do koncertu spędziliśmy na robieniu zdjęć i konwersacji, później na robieniu fali z resztą ludzi na stadionie.
Ok. 20.20 na scenę wyszedł prezydent Wrocławia, który nic ciekawego nie powiedział. Plus salwa honorowa, pokazywana na telebimach i tyle.
Ok. 20.35 zobaczyliśmy wjeżdżającą limuzynę. Kilka minut później zgasły światła a na scenie pojawił się George Michael.
Na sam początek zaśpiewał "Older" i natychmiast podbił wszystkich. Damn, żadne nagrania studyjne nie oddają skali głosu tego człowieka. Był po prostu niesamowity. Jako trzeci, zdaje się, zagrał utwór "Kissing a fool", co mnie podbiło do reszty. Piosenek było sporo, ale najlepiej zapamiętałam "You have been loved", "Praying for a time", "A different corner", "John and Elvis are dead", "Roxanne" i "Feeling good", który zaśpiewał przed przerwą gdzieś tak o 21.30.
W przerwie poleciałam do łazienki, ale do damskiej nie było szans się dostać. Poszłam więc za przykładem innych pań i weszłam do męskiej. Dzięki temu zdążyłam na czas.
Druga część była nie mniej fantastyczna. Drobny zgrzyt - dwie piosenki zaśpiewane, nie wiem po co, z wykorzystaniem czegoś takiego, co zmienia nieco głos. Bez sensu zupełnie, George jest za dobry sam w sobie, żeby się wspomagać takim sprzętem. Ale śpiewał też piosenkę Rihanny (dużo lepiej niż ona sama :P) i Amy Winehouse.
Bardzo podobały mi się wizualizacje, szczególnie do "Feeling good",gdy pokazywano fragmenty show Dity von Teese. Na pierwszy bis George zaśpiewał Amazing/I'm your man/Freedom 90. Wszyscy zerwali się z miejsc i zaczęli tańczyć. Na drugim bisie była jakaś wolna piosenka. W sumie koniec ok. 23.
Ten koncert wywołał u mnie następującą refleksję: dobry artysta jest klasą samą w sobie. Nie potrzebuje 20 tancerzy ani trapezu, nie musi przebierać się za nie-wiadomo-co ani uskuteczniać tańca erotycznego na scenie. Początkowo byłam zdziwiona, że nie było supportu przed George'm. Ale na dobrą sprawę kto miałby zagrać? Edzia Górniak albo Dioda? Przecież to wstyd totalny. To tak, jakby położyć ordynarną ścierę koło jedwabiu - po prostu razi w oczy. Nie ma z czym do ludu i tyle.
Uwielbiam George'a i być może trochę przesadzam, ale myślę, że nikt, kto był na tym koncercie nie może zaprzeczyć, że to wielki artysta z wielkim głosem. Gdy śpiewał, zapierało dech. Dosłownie.
"Nie wiadomo co" okazało się być nadwerężonym mięśniem. Nie wiem wprawdzie, jak mogłam sobie to zrobić, biorąc pod uwagę miejsce ale to chyba dobra diagnoza, gdyż obecnie ból znacznie ustąpił. Całe szczęście.
Zaliczyłam wczoraj samorząd, nie było trudno. Faktycznie przyszło bardzo dużo osób, więc przepytywanie było uproszczone zarówno w formie, jak i w treści. Teraz socjologia, za mniej niż tydzień. Tego naprawdę się obawiam, bo uczyłam się, jak mi się wydawało, dość solidnie na pierwszy termin, a go nie zdałam. Oby nie było trudne i jakoś poszło. Ocena mnie nie interesuje, byle starczyła na zaliczenie.
Nadal nie ma planu, a zapisy już za kilka dni. Bezczelność wydziałowych decydentów nie zna granic. Chciałabym już sobie rozplanować to wszystko, zwłaszcza, że planuję po cichu kurs japońskiego z dobrym kumplem, który dzieli ze mną zamiłowanie do kwestii około-azjatyckich. Ale żeby się zapisać do szkoły językowej, muszę wiedzieć, jak rozłoży się harówka wydziałowa.
Czuję już jesień. Nie tylko dlatego, że zrobiło się zimno. Zmieniła się aura, to już nie jest ten wakacyjny klimat sprzed kilku tygodni. Bujam się na huśtawce, a raczej huśtają się moje emocje. Chwilami sama już nie wiem co czuję i czy czuję cokolwiek w jakiejkolwiek kwestii. Nic mnie jakoś nie cieszy, nie mam pojęcia skąd mi się to wzięło. Mam tylko nadzieję, że minie równie nagle i samoistnie, jak się przyplątało. Mimowolnie jestem chłodna dla ludzi, bo czuję się jak wydrążona w środku. Może to wina pewnej monotonii wakacyjnej, za mało się działo. A może to po tych ostatnich problemach emocjonalnych, które dręczyły mnie na wyjeździe. Człowiek sam dla siebie stanowi wielką niewiadomą. Lęk i niepewność pojawiają się nagle i obezwładniają. I trzeba sobie z tym radzić, bo farmaceutyki to wątpliwe rozwiązanie o wysokim stopniu ryzyka.
Niespodziewana pielgrzymka po lekarzach. Nie wiadomo skąd i nie wiadomo dlaczego boli mnie prawa część podbrzusza, co jest o tyle dziwne, że jest to ból podskórny. Najfatalniejsze jest to, że jutro mam poprawkę a za tydzień mam kolejną poprawkę. Bardzo sympatycznie, zwłaszcza że ciężko mi się poruszać przez ten ból.
Idę do lekarza po raz kolejny, dziś z wynikami badań krwi. Następne pewnie będzie USG... Eh, takie rzeczy zawsze zdarzają się bardzo nie w porę.
A w poczekalni nauka na jutro. Eh i eh.
